2014.02.04. Wywiad z Radnym Gminy Brzozów!

opublikowane: 4 lut 2014, 23:03 przez Małgorzata Szczupakowska   [ zaktualizowane 5 lut 2014, 05:45 przez Olga Filipek ]
Dziś zapraszamy na wywiad przeprowadzony przez Wiktorię Florek.

Wywiad z Panem Grzegorzem Florkiem, Radnym Gminy Brzozów prezentuje jego wspomnienia związane z dniem 4 czerwca 1989 roku, jak również okresem przemian gospodarczych
i sytuacją 
w naszym kraju, która miała miejsce po pierwszych wolnych wyborach.


Wiktoria: Jak Pan wspomina atmosferę wyborów w 1989 roku?
Pan Grzegorz Florek: Rok 1989 zastał mnie jako już dorosłego człowieka, podczas służby wojskowej w jednostce. Jako że byliśmy tam "szczelnie" pilnowani przez system komunistyczny, a właściwie przez socjalistyczny, co można było wywnioskować po tym, że każdy zawodowy żołnierz, czy to pracujący czy zatrudniany w jednostce wojskowej był jednocześnie działaczem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Skutkiem tego trudno było mieć wyrobione obiektywne zdanie na temat myślenia, jakie panowało w tym czasie na zewnątrz naszego kraju. Poprzez obserwację zachowań ludzi, które mogłem dojrzeć przez pryzmat jednostki wojskowej nie zauważyłem wielkiego poruszenia i właściwie do wyborów przystąpiliśmy w sposób naturalny. Komitet wyborczy został utworzony na terenie jednostki i w tym komitecie wyborczym każdy z żołnierzy znajdujących się na terenie jednostki, miał oddać swój głos.

W: Jak przebiegała kampania wyborcza?
G.F.: W zasadzie kampanii wyborczej nie było wcale. W tamtym czasie miałem dostęp do telewizji. Na dyżurce, w której mieszkałem był telewizor i mogłem z niego korzystać dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie było widoczne z przekazów informacyjnych w telewizji, aby jakiekolwiek kampanie wyborcze mogły w tamtym czasie być prowadzone. Z resztą, zgodnie z ustaleniami Okrągłego Stołu listy wyborcze były skonstruowane w taki sposób, że nie podawano przynależności do partii poszczególnych kandydatów. Dezorientowało to obywateli podczas głosowania, dlatego głosy były oddawane z reguły na ludzi znanych i nie było do końca wiadomo do jakich partii oni należą.

W: W jaki sposób dowiedział się Pan o wynikach wyborów?
G.F.: Wyniki wyborów tak naprawdę zostały przekazane w wiadomościach telewizyjnych, oczywiście tu nadmieniam, że wiadomości telewizyjne, czyli popularnie zwany Dziennik Telewizyjny był programem kontrolowanym przez ówcześnie rządzoną partię, czyli Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą. Informacja na temat wyników nie była dość obszerna, dlatego z terenu jednostki nie można było jednoznacznie wysnuć czy wybory, pomimo tego, iż ordynacja wyborcza była tak skonstruowana, że nie miała prawa ówczesna partia prawicowa, a właściwie partia poza komunistyczna, wygrać. Okazało się jednak, że wybory zostały w dużym stopniu wygrane przez ówczesną opozycje, zwaną potocznie i popularnie opozycją post solidarnościową.

Co mogę powiedzieć na temat klimatu jaki panował po wyborach na terenie jednostki wojskowej…
I to jest dość wyjątkowe, jako że tego klimatu nie można odnosić do atmosfery panującej na zewnątrz jednostki: w miastach czy wioskach na terenie naszego kraju. Otóż oficerowie i podoficerowie zawodowi, użyłbym tutaj określenia, że „wpadli w coś w postaci zbiorowej histerii”, która doprowadziła do tego, że mając świadomość, iż Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, czyli partia, do której wszyscy należeli i która gwarantowała im poczucie bezpieczeństwa i jednocześnie była gwarantem ich pracy zawodowej odchodzi w niebyt. Skutkiem tego atmosfera jaka pomiędzy nimi panowała to była atmosfera paniki. Tak naprawdę nie było wiadomo, co mają w tym momencie robić. Doprowadziło to do tak daleko posuniętego rozluźnienia dyscypliny wobec żołnierzy zasadniczej służby wojskowej, do której należałem, że w pewnym okresie, a było to przynajmniej trzy – cztery miesiące po wyborach tak naprawdę nie do końca wiedzieliśmy jakie są nasze zadania. Praca żołnierzy zawodowych przebiegała w sposób planowy, czyli wykonywali wszystkie obowiązki, jakie do nich należały, ale nie było żadnej koncepcji przyszłościowej. Nie czuć było, że jednostka wojskowa funkcjonuje z założeniem długoterminowym. Po prostu wszyscy wpadli w coś w rodzaju jakiegoś zbiorowego strachu przed tym, co tak naprawdę z nimi, przedstawicielami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, będzie.

Zanim jeszcze do tego doszło, był dzień czwarty czerwca, czyli dzień wyborów. Tego dnia wiedziałem, że lokale wyborcze na terenie jednostki wojskowej są czynne, a z racji tego, że swoją służbę wykonywałem siedem kilometrów poza jednostką wojskową, na końcu pasa startowego, nadmienię, że ta jednostka wojskowa to była jednostka lotnicza. O godzinie dziewiątej rano odebrałem telefon na dyżurce. Dzwonił mój dowódca batalionu, w stopniu pułkownika z pytaniem czy byłem już głosować. Ja odpowiedziałem, zgodnie ze swoimi przekonaniami, że pójdę do lokalu wyborczego po południu, czyli mniej więcej po porze obiadowej, mając świadomość odległości jaka mnie czeka, a miałem ją pokonać pieszo. W tym momencie dostałem jednak bardzo ostry nakaz natychmiastowego udania się do lokalu wyborczego, ponieważ do godziny jedenastej lokal wyborczy ma w stu procentach być zapełniony przez głosujących, dlatego że o godzinie jedenastej zostanie on zamknięty, z racji tego, iż głosy zostały oddane w stu procentach przez ludzi znajdujących się na listach wyborczych i muszą być one policzone.

Pamiętam z późniejszego okresu zdanie wypowiedziane przez tegoż właśnie mojego dowódcę w stopniu pułkownika na jednym z ognisk, które ci panowie sobie organizowali na terenie ośrodka wypoczynkowego, na którym pełniłem swoją służbę. Po kilku litrach wypitego alkoholu zaczęła się rozmowa na temat przegranych wyborów i w pewnej chwili ten dowódca mówi do swoich podwładnych takie mniej więcej zdanie: „Gdybym ja był przewodniczącym komisji wyborczej na terenie jednostki to nasz człowiek, który przegrał wybory, te wybory by wygrał”. Było to dla mnie, przeciętnego w tamtym okresie, młodego człowieka, jednoznaczne z deklaracją sfałszowania wyborów.

Tak mniej więcej wspominam rok 1989, a w szczególności okres trzech – czterech miesięcy po czwartym czerwca.

W: Może Pan coś powiedzieć na temat okresu transformacji i przemian gospodarczy w latach 1989-1990?
G.F.: Okres przemian gospodarczych, czyli dojście do władzy pierwszego niekomunistycznego rządu pod przewodnictwem premiera Tadeusza Mazowieckiego z punktu widzenia mojej osoby zapamiętałem jako serię zwolnień. To były pierwsze tak naprawdę takie, jakbym to nazwał metodyczne zwolnienia pracowników z zakładów pracy. Jeżeli w 1989 roku brakowało ludzi do pracy na terenie naszego kraju, co można wywnioskować na podstawie ogłoszeń w gazetach pod hasłami typu: „Natychmiast zatrudnię! Zatrudnię od zaraz!”. Reklamowały się kopalnie węgla, reklamowały się zakłady produkujące różnego rodzaju dobra materialne. Tak błyskawicznie do końca 1989 roku, jak i w roku 1990 pojawiały się pierwsze grupowe zwolnienia. W ówczesnym czasie ministrem od spraw społecznych był Jacek Kuroń, który w programie telewizyjnym, który nazywał się chyba „10 minut dla ministra” tłumaczył zdezorientowanym ludziom na czym polegają obecne zmiany w naszym kraju. Zakłady pracy były w sposób konsekwentny i skuteczny ograniczane w zatrudnienia. W konsekwencji doprowadzano do pojawienia się na wolnym rynku ludzi niemających pracy i zakłady pracy po prostu w naturalny sposób były likwidowane, bądź upadały same. Dziwiło mnie to, że ta sytuacja nie wywoływała w społeczeństwie żadnego protestu, żadnego buntu. Jeżeli jeszcze do 1989 roku każde posunięcie władz, które nie podobało się pracownikom było od razu obłożone buntem i strajkiem, czy to lokalnym czy to ogólnopolskim, tak błyskawicznie 1990 roku strajki przestały praktycznie być formą nacisku na rząd. Oczywiście każdy zwolniony pracownik w tamtym czasie był kierowany do biur pracy, które powstawały w prawie każdym mieście. Te biura pracy każdemu zwolnionemu człowiekowi, oczywiście po okazaniu świadectwa pracy i zarejestrowaniu przyznawały bezterminowo zasiłek dla bezrobotnych. Ta procedura była o tyle korzystna dla przeciętnego obywatela, że zdarzały się i mam w swojej pamięci z punktu widzenia obserwatora takie przypadki, że osoby celowo zwalniały się z zakładów pracy, ponieważ zasiłek dla bezrobotnych był równy ich zarobkom, co powodowało, że otrzymywali oni pieniądze, nie musząc pracować. Patrząc z perspektywy czasu było to dość sprytnie skonstruowane, ponieważ przez pierwsze dwa i pół roku ten zasiłek dla bezrobotnych był bezterminowy, a później nagle wprowadzono przepis, że ten zasiłek można otrzymywać tylko przez rok po zwolnieniu z zakładu pracy. Był to największy cios dla ludzi, ponieważ przed 1995 rokiem bardzo duża ilość ludzi została z biur pracy odesłana bez zasiłku dla bezrobotnych, co powodowało, że rodziny nagle, z dnia na dzień, zostawały bez środków do życia. Nie powodowało to żadnych konsekwencji, jeżeli chodzi o ówczesny rząd w naszym kraju. Muszę też sumiennie przyznać, że w roku 1990 czy 1991, jak również w późniejszych latach kościół katolicki, który był bardzo zaangażowany w latach 80-tych w obalenie systemu socjalistycznego w naszym kraju tak naprawdę nie opowiedział się w sposób zbiorowy za ludźmi zwalnianymi z pracy. Znam przypadki zasłyszane z wiadomości telewizyjnych czy różnego rodzaju innych programów telewizyjnych emitowanych w ówczesnym czasie, że niektórzy ludzie zwolnieni z pracy poprzez załamanie nerwowe, jakie przechodzili, popełniali samobójstwa. Znane były i szeroko podawane do publicznej wiadomości przypadki, że księża odmawiali katolickiego pochówku takim ludziom, nie uznając dramatu z jakim zetknęli się ci ludzie po 4. czerwca 1989 roku. Po prostu nagle okazało się, że ten wielki, zbiorowy ruch jakim była „Solidarność” porzucił swoje idee, ponieważ ludzie, którzy go reprezentowali znaleźli się po tej drugiej stronie i byli ludźmi u władzy. Oczywiście przedsięwzięcia jakie były w tamtym czasie wykonywane, czyli zasiłki dla bezrobotnych, wszelakiego rodzaju pomoc społeczna były nijak skuteczne w odniesieniu do dramatów w jakich w tamtym okresie znajdowali się ludzie.

W: Co było najtrudniejsze dla potencjalnego obywatela w roku 1990 czy w latach późniejszych?
G.F.: Przede wszystkim niemożność realizowania się na gruncie zawodowym. Ciężko było o chleb, ciężko było o pieniądze. Nie mówiąc już o tym, że trzeba było na zimę kupić opał, którego często nie można było nabyć, bo po prostu nie było za co. Gaz błyskawicznie szedł w górę, więc ogrzewać domów gazem się nie opłacało, ponieważ nikt nie był w stanie udźwignąć tego finansowo, jak również prąd elektryczny, którego utrzymanie także było niemożliwe. Stąd dramaty, oczywiście nie zbiorowe, a jednostkowe jakie w tamtym czasie towarzyszyły mogą jednoznacznie udowadniać, że zmiany ustrojowe jakie w ogóle mogą zaistnieć w społeczeństwie zawsze dla tego najsłabszego człowieka są najtrudniejsze.

W: Jak ocenia Pan swoje zainteresowanie polityką wtedy i obecnie?
G.F.: Jeżeli do 1989 roku tak naprawdę przeciętny obywatel znał się na polityce na tyle na ile pozwalały mu możliwości w postaci telewizji czy rozmów, prowadzonych przez ludzi, które były ukierunkowane na to, że oni, a tu szeroko pojęta Polska Zjednoczona Partia Robotnicza są źli, więc wszyscy wiedzieli, że należy to zmienić. Po 1989 roku, kiedy tak naprawdę ludzie obalający ówczesny system znaleźli się u władzy zrozumieli, że to czym jest rządzenie krajem, jeszcze do tego w tak trudnej sytuacji gospodarczej w jakiej znalazła się Polska nie jest rzeczą łatwą. Błyskawicznie przewartościowane zostały wszystkie idee, wszystkie poglądy, wszystkie głoszone ówcześnie hasła, ponieważ tak naprawdę trzeba było się zająć tym, do czego ludzie „Solidarności” nie byli w ogóle przygotowani, czyli systematycznego, codziennego rządzenia krajem. Polityka stała się nagle czymś, co jest bardzo trudne, niezrozumiałe i złożone.

W: Czy wolne wybory zmieniły Pana życie?
G.F.: Tak, wolne wybory zmieniły moje życie z racji tego, że w momencie kiedy nastąpił rok 1989 miałem skończone osiemnaście lat. To znaczy, raz, że byłem człowiekiem pełnoletnim, a dwa, że byłem człowiekiem młodym. Dla mnie tak naprawdę otworzyły się możliwości dotychczas sztucznie blokowane przez ówczesny rząd i system, jaki panował w kraju. Mogliśmy my, ludzie młodzi, zaczynać życie na nowo. Chociaż mentalnie byliśmy głęboko osadzeni w minionym systemie, to jednak siła z jaką zmieniał się nasz kraj powodowała, że stawaliśmy się całkiem innymi ludźmi. Jeżeli chodzi o mój przypadek to jako człowiek przygotowany do pracy w zakładzie zamkniętym, ponieważ jestem elektrykiem maszyn i aparatów elektrycznych, typowych obrabiarek, które istnieją tylko w dużych zakładach pracy, zwolniony z tego zakładu pracy w roku 1991 musiałem sam podjąć decyzję, co w swoim życiu będę robił. Mój zawód nagle przestał mi być potrzebny i nie nadawał się do realizacji poza wielkim zakładem pracy. Wtedy podjąłem decyzję o przekwalifikowaniu się w kierunku zawodów, które w różnym stopniu wykonywałem do tej pory. Pracowałem w ośrodku dla psychicznie chorych, jestem do tej pory stolarzem i w międzyczasie podejmowałem się różnego rodzaju innych prac, które w ogóle nie były związane z zawodem wyuczonym przeze mnie jeszcze w czasach, gdy panował socjalizm w naszym kraju, czyli przed rokiem 1989. Obserwując swoich znajomych, którzy w tamtym okresie utrzymali swoje miejsca pracy w dużym zakładzie produkującym autobusy w Sanoku, czyli w „Autosanie” i pracowali tam do czterdziestego lub czterdziestego piątego roku życia, kiedy ten zakład zaczął bankrutować zostali zwolnieni z pracy znaleźli się w tym samym położeniu, w którym ja się znalazłem w roku 1991, czyli ponad dwadzieścia lat temu. Ja wtedy byłem młody, miałem osiemnaście lat, nie miałem rodziny, więc nie był to dla mnie dramat. Dla ludzi dzisiaj, którzy są jedynymi żywicielami rodziny, kiedy ich dzieci potrzebują pieniędzy na kształcenie, a rodzina na utrzymanie, czy to w postaci środków do życia, czy opału zakupionego na zimę. Ci ludzie, czyli czterdziestoparolatkowie, którzy w tamtym okresie nie zostali zmuszeni do samodzielności teraz przeżywają dramaty o stokroć większe, aniżeli ja w 1991 roku. 

W: Bardzo dziękuję Panu za rozmowę. 
Comments